Menu

Europejskie wiadomości bez granic. W Twoim języku.

Menu
×

Kto wygrał europejskie wybory – Ukraina czy Rosja?

Wybory do Parlamentu Europejskiego w dniach 6-9 czerwca były uważnie obserwowane zarówno w Rosji, jak i Ukrainie. W tym raporcie przyjrzałem się nie tylko niezależnym mediom rosyjskim, ale także państwowej Rosyjskiej Gazecie (Rosyjskiej Gazecie), aby zrozumieć interpretację wyników przez Kreml (nie czuj się zobowiązany do klikania). Od tego rządowego rzecznika dowiesz się, że,

„Wyniki głosowania były sygnałem alarmowym dla kijowskiego reżimu i pokazały, że proukraińska i rusofobiczna polityka władz wielu krajów, przede wszystkim Francji i Niemiec, zawiodła, a siły sprzeciwiające się dalszemu wsparciu wojskowemu dla Kijowa i opowiadające się za wznowieniem bliskich stosunków z Moskwą zyskują na znaczeniu”.

Innymi słowy, z rosyjskiego punktu widzenia, celem wyborów do Parlamentu Europejskiego było umożliwienie Europejczykom wyboru między wspieraniem Rosji lub Ukrainy w wojnie. Jest to raczej redukcjonistyczne spojrzenie na sytuację, ale autor artykułu nie zapomniał dodać, że „coraz więcej Europejczyków zwraca się ku bardziej radykalnym partiom, które, jak mają nadzieję, w końcu rozwiążą ich problemy”.

O jakich problemach mówimy?

„Wielu wyborców zostało dotkniętych rosnącymi cenami towarów i usług, jest zaniepokojonych migracją i kosztami zielonej transformacji, a także jest szczególnie wrażliwych na napięcia geopolityczne, w tym konflikt w Ukrainie i transfer środków publicznych do Kijowa”.

Zdaniem Kremla, Europejczycy tracą sen z powodu poparcia swoich krajów dla Ukrainy i woleliby, aby wojna zakończyła się jak najszybciej, spełniając wszystkie żądania Rosji. Takie fantazje są typowe dla światopoglądu rosyjskich urzędników. Zwykle mówi się, że Europa nie poradzi sobie bez Rosji i jej zasobów energetycznych, a zatem Europejczycy będą gotowi sprzedać Ukrainę w zamian za przywrócenie dostaw gazu.

A jednak musimy postawić sprawę jasno: przyzwoite wyniki Alternatywy dla Niemiec (AfD) i francuskiego Rassemblement National (RN) są rzeczywiście powodem do radości dla Putina. AfD jest jawnie antyeuropejska i prorosyjska, podczas gdy Marine Le Pen ma długą historię współpracy z Kremlem, która obejmowała przyjmowanie preferencyjnych pożyczek od rosyjskich banków. Trzeba przyznać, że Le Pen zmieniła swoją retorykę od czasu ataku Rosji na Ukrainę w 2022 r., choćby po to, by przypodobać się francuskiemu elektoratowi. Nadal jednak istnieją obawy co do utrzymujących się powiązań między wewnętrznym kręgiem RN a Kremlem.

Ukraińcy również rozmawiali o wynikach europejskich wyborów. Serhiy Sydorenko, redaktor Yevropeiska Pravda (Europejska Prawda) – szanowanego magazynu internetowego, który koncentruje się na europejskim powołaniu Ukrainy – przyjmuje optymistyczne stanowisko w sprawie nowego ideologicznego nachylenia nowego parlamentu, zauważając, że „prawicowy nie zawsze oznacza zły”.

Niezależnie od zwycięstwa skrajnej prawicy we Francji i drugiego miejsca w Niemczech, Sydorenko zauważa, że wielu tradycyjnych konserwatystów europejskiej prawicy jest generalnie proukraińskich. Jako przykład podaje Giorgię Meloni, która stała się szczerą orędowniczką Ukrainy. (Można polemizować z klasyfikacją Meloni jako tradycyjnej konserwatystki). Sydorenko uważa, że w konkretnej kwestii poparcia dla Ukrainy „prawicowy rewanżyzm w PE z pewnością nie jest niczym złym”. Według jego obliczeń, ponad 500 posłów do PE jednoznacznie popiera Ukrainę.

Redaktor Yevropeiska Pravda dostrzega rzeczywistość większości powyborczych komentarzy, które koncentrują się na politycznym wpływie wyników w poszczególnych krajach. W końcu to na szczeblu krajowym zapadną decyzje w wielu ważnych kwestiach, w tym w sprawie dostaw broni i innego wsparcia dla Ukrainy.

Tutaj przedstawienie zostało oczywiście skradzione przez Francję, gdzie pokonanie przez RN partii rządzącej Emmanuela Macrona (stosunkiem głosów dwa do jednego) skłoniło francuskiego prezydenta do rozwiązania parlamentu i rozpisania przedterminowych wyborów. Nie tylko Francja, ale i cała Europa wciąż odczuwa skutki tej decyzji. Wynik francuskiego politycznego trzęsienia ziemi będzie znany za kilka tygodni.

Tymczasem w Belgii głosowanie do PE odbyło się w tym samym czasie co wybory krajowe, które przegrała formacja premiera Alexandra de Croo. Najlepszy wynik uzyskał Nowy Sojusz Flamandzki (N-Va), który niespodziewanie o kilka punktów procentowych wyprzedził skrajnie prawicowy Interes Flamandzki (Vlaams Belang). Wnioski dotyczące przyszłej polityki zagranicznej Belgii będą teraz musiały poczekać na ukształtowanie się nowego rządu, co może potrwać kilka miesięcy.

Zdaniem Serhija Sydorenki, belgijska sytuacja jest wyzwaniem dla Ukrainy – ale francuska jest nieszczęściem. Być może RN, od której wszyscy oczekują zwycięstwa w nadchodzących wyborach, nie będzie tak jawnie proputinowska jak kiedyś, ale jej styl rządzenia może być podobny do Viktora Orbána. Nowy rząd może skłonić prezydenta Macrona (który teoretycznie zachowuje kontrolę nad polityką zagraniczną) do wycofania się ze wspierania Ukrainy i zamiast tego przyjęcia wygodnej neutralnej pozycji. Taki wynik byłby bardzo mile widziany w Rosji, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Macron w ostatnich miesiącach przyjął rolę najodważniejszego przywódcy UE w kwestii wojny (choćby pod względem retoryki).

To francuski prezydent przełamał tabu w sprawie umieszczenia troopów NATO w Ukrainie, oczywiście na prośbę i za zgodą Kijowa. Wściekłą odpowiedzią Kremla na takie deklaracje była ofensywa dezinformacyjna przeciwko Francji. Jeśli RN zwycięży w nadchodzących wyborach we Francji, wpływ na francuską politykę zagraniczną pozostanie zagadką.

Mówiąc o Orbánie, jego pozycja została właśnie wyraźnie osłabiona. Pomimo zwycięstwa w wyborach do Parlamentu Europejskiego z 44-procentowym poparciem, Fidesz stracił trzy mandaty. Na Węgrzech w końcu pojawiła się poważna konkurencja polityczna w postaci partii TISZA Petera Magyara, która uzyskała prawie 30 procent poparcia. Czy Węgry wreszcie się przebudziły? Musimy poczekać do wyborów parlamentarnych, które odbędą się za dwa lata.

Skrajna prawica rośnie w siłę również w Polsce. Ultraliberalny, antyeuropejski i prorosyjski sojusz Konfederacja uzyskał trzecie miejsce w wyborach europejskich. To sukces, bo przez lata Polska była rozdarta na dwa obozy jałową walką między dwiema konserwatywnymi partiami wywodzącymi się z antykomunistycznej opozycji – PiS Jarosława Kaczyńskiego i PO Donalda Tuska. Jeśli w ciągu najbliższych kilku lat Konfederacja miałaby przełamać ich duopol – a grupa ta uzyskała szczególnie dobry wynik wśród osób w wieku od 18 do 29 lat, na poziomie 30 procent – byłby to najczarniejszy z możliwych scenariuszy.

Dla urzędującego premiera Polski, Donalda Tuska, wybory te miały być okazją do umocnienia swojej przewagi nad odwiecznym wrogiem, PiS. Sondaże exit polls dawały Koalicji Obywatelskiej Tuska około 38 procent głosów, do 34 procent dla PiS. Jednak do poniedziałkowego poranka jej przewaga zmniejszyła się do jednego punktu procentowego, co dałoby jej tylko jedno miejsce w Parlamencie Europejskim.

Z drugiej strony, partie mniejszościowe koalicji rządzącej Polską, bez których rząd Donalda Tuska nie mógłby powstać – centrowa Trzecia Droga i Lewica – wypadły słabo. Obie balansowały na granicy progu niezbędnego do uzyskania mandatów. Niektórzy w Koalicji Obywatelskiej zareagowali schadenfreude, co może być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że koalicja rządząca zyskała reputację słabości z powodu wewnętrznych konfliktów. Bez swoich partnerów partia Tuska nie ma większości niezbędnej do rządzenia. Dobry wynik PiS pokazuje, że jego rozpad nie jest nieuchronny, pomimo przewidywań wielu liberalnych komentatorów, z których wielu pytało, czy partia Kaczyńskiego dotrwa do wyborów prezydenckich w 2025 roku. Z dzisiejszej perspektywy to samo pytanie można zadać chwiejnej koalicji Tuska.

Go to top