Wzruszające wspomnienia w chórze mówiących pustek
Jak możemy mówić o tych „zwykłych rzeczach”, jak raczej możemy je prześladować,
Georges Perec, Approaches to What
Jak możemy ich wypłukać, uratować z bagna, w którym tkwią,
jak możemy nadać im znaczenie, język,
tak, że w końcu są w stanie mówić o tym, jak się rzeczy mają,
tacy, jacy jesteśmy?
W 2021 roku opuściłem Białoruś, nie wiedząc, czy kiedykolwiek będę mógł wrócić. Wśród przedmiotów, które uważałem za jedne z najcenniejszych do zachowania, było wydrukowane zdjęcie z pogrzebu mojego pradziadka, Mitrofana Serebryakova, pochodzące z 1938 roku. Oto jest, tuż przede mną, na moim biurku, po podróży przez pięć mieszkań w ciągu dwóch lat. Z mgły sepii, migoczącej przez prawie sto lat narodzin i śmierci, wyłania się przystojny, brodaty mężczyzna leżący spokojnie w otwartej trumnie, którego nigdy nie znałem. Zmarłego otacza grupa żałobników, głównie młodych i w średnim wieku kobiet w identycznych kwiecistych chustach (prawdopodobnie pożyczonych lub zakupionych specjalnie na tę smutną okazję) – wszystkie, z wyjątkiem jednej, również mi obce. Jedyną osobą, którą rozpoznaję, jest 14-latka w czymś, co wygląda jak szorstka, za duża męska kurtka – moja przyszła babcia, Maria.
Zdjęcie dzięki uprzejmości autora, 2023
Teraz, gdy mam tę dalszą rodzinę u boku, spędzam godziny na przyglądaniu się ich poważnym twarzom, prostym ubraniom i powściągliwym gestom. Mogę do nich dotrzeć, dotknąć ich. Ale czy to oznacza, że znam któregoś z nich lepiej? Zastanawiając się nad skomplikowanymi, ale wciąż bliskimi relacjami między patrzeniem a dotykaniem, Margaret Olin może przypuszczać, że tak: „Dotyk sprawia, że ludzie wchodzą w kontakt z fotografiami; ale gdy fotografie przechodzą z rąk do rąk, ustanawiają i utrzymują relacje między ludźmi – lub próbują to robić”.
Od końca XVII do początku XIX wieku komunikacja pisemna i wizualna rozszerzyła swój zasięg, ponieważ migrujący krewni wysyłali sobie nawzajem „dotykowe” dowody różnego rodzaju: notatki, chusteczki do nosa, kosmyki włosów. I, jak przyznaje Raymond Williams, fotografia dołączyła do tego trendu, dosłownie pomagając utrzymać rodziny „w kontakcie”, gdy konieczność ekonomiczna rozproszyła je po całym świecie.1 Fotografie były cenne zarówno ze względu na wysokie koszty produkcji, jak i kamienie milowe, które uchwyciły: twarze zaciekawionych noworodków, uroczyście ubranych nowożeńców, spokojnych „nowo zmarłych”. Zadaję sobie pytanie, dla kogo przeznaczony był obraz pogrzebowy mojego pradziadka. Czy było wielu krewnych w odległych krajach, do których można było wysłać to zdjęcie? Czy w końcu im się udało? Czy ja również byłem jednym z adresatów?
Moja nastoletnia babcia nie podejrzewała, że dokładnie dziesięć lat później sama przeprowadzi się do innego kraju i poślubi faceta znanego jako syn „Amerykanina”. Mój pradziadek, Iwan, był znany w swojej wiosce z tego, że wyjechał do USA jako robotnik migrujący i wrócił – decyzja, która w Związku Radzieckim kosztowała go życie. Zmarł niemal w tym samym roku. Iwan Kozieł został postrzelony w tył głowy przez bolszewików. Miał 54 lata, był ojcem czwórki dzieci.
Ivan nigdy nie miał pośmiertnego zdjęcia zrobionego po śmierci. Nie powiadomiono również jego krewnych. Dopiero kilka miesięcy temu dowiedzieliśmy się o jego faktycznym losie, 86 lat po strzelaninie. Przez cały ten czas, nawet dla jego wnuków – mojej matki, jej siostry i brata – pozostawał historią, którą niechętnie dzielono się podczas rodzinnych spotkań. W dużych i małych historiach krewnych naszego regionu i ich krajów cisza była częstym gościem. Wraz z rodzinnymi klejnotami, na wpół zburzonymi wiejskimi domami i starymi zdjęciami odziedziczyliśmy podejrzliwość, strach i bezcenną wartość dotyku.
Zdjęcie dzięki uprzejmości autora, 2023
Migotliwe informacje wizualne, które udało mi się zebrać o niektórych przodkach, zawdzięczam czystemu szczęściu. Inne pozostawiły po sobie jedynie niewyraźne sylwetki, nieokreślone kontury, znaki, które z trudem rozszyfrowuję. Żyły one w pamiątkach po tych, którzy z kolei również odeszli dawno temu, czasami ostrzegając mnie o swojej obecności. Jednym z takich znaków jest karta rejestracyjna obozu pracy 16-letniego Antonio Bubicha: „więzień numer 91216”, którego odznaka SS w kształcie odwróconego trójkąta oznaczała, że jest Włochem.
Nastolatek urodził się w 1928 roku, był rówieśnikiem mojego dziadka ze strony ojca, Wasilija, który uniknął tego brutalnego losu. Nasz imiennik został aresztowany w lutym 1944 roku i w ciągu sześciu miesięcy był świadkiem trzech obozów: Dachau, Natzweiler i Mauthausen. Skrupulatne pomiary od 28 lutego do 23 sierpnia, dokonane przez administrację obozów, wykazały, że młodzieniec wykonał skok wzrostu o 10 cm. Blondyn z brązowymi oczami; stan uzębienia „zadowalający”; słuch i wzrok „dobry”; zawód „uczeń” – klasyfikacja była rutynową praktyką nazistów. Uznając przedstawicieli innych narodowości za „niearyjskich” – a zatem „gorszego pochodzenia” – dosłownie traktowali ludzi jak przedmioty w horrendalnym katalogu osobliwości, oznaczonych w różnym stopniu banalności.
Po przybyciu więźniów do obozów koncentracyjnych wykonywano zdjęcia legitymacyjne. Francisco Boix, kataloński więzień i ocalały z obozu, pracował w dziale fotograficznym administracji obozu Mauthausen. Rozumiejąc kluczowe znaczenie dowodów wizualnych, Boix ryzykował życiem, aby ukryć i zachować około 2000 negatywów, które odegrały znaczącą rolę w skazaniu nazistowskich zbrodniarzy wojennych podczas procesów w Norymberdze i Dachau. Być może, będąc w tym samym wieku, Boix zaprzyjaźnił się z młodym Bubichem. Mając nadzieję, że dowiem się czegoś więcej, złożyłem wniosek do archiwum miejsca pamięci Mauthausen i otrzymałem odpowiedź tydzień później.
„Szanowna Pani Bubich,” czytamy w nim, „Dziękujemy za zapytanie. Niestety, musimy poinformować, że w naszym archiwum nie posiadamy żadnych zdjęć Antonio Bubicha”. Więźniowie byli rzeczywiście fotografowani i rejestrowani po przybyciu do Mauthausen. Jednak akta te były systematycznie niszczone przez SS na krótko przed końcem wojny. Zachowało się tylko około tuzina fotografii z Mauthausen”.
Nie wiem – i jest mało prawdopodobne, aby ktokolwiek mógł teraz udowodnić – czy Antonio Bubich i ja jesteśmy spokrewnieni. I, jak jasno wynika z powyższego e-maila, nie mogę też żywić nadziei na „dotknięcie” go fotograficznie, szukanie możliwych podobieństw w naszym wyglądzie lub spekulowanie na temat jego cech charakteru. 5 maja 1945 r. amerykańscy żołnierze przybyli do Gusen i Mauthausen i wyzwolili około 40 000 więźniów. Czy Antonio żył jeszcze tego dnia? Czy był jednym z tych obdartych, ale wolnych ocalałych, których widziano gotujących ziemniaki w hełmie niemieckiej armii? Czy połączył się z rodziną w „Previsi” – prawdopodobnie błędna nazwa jego rodzinnego miasta, której nie udało mi się zlokalizować na mapie północnych Włoch? Czy mu się udało?
Karta rejestracyjna. Zdjęcie dzięki uprzejmości autora
Bez dowodów nigdy nie uzyskam odpowiedzi na te pytania. „Umożliwione przez kontekst, fotografie są czymś więcej niż kontekstem”, pisze Olin, „dotykają siebie nawzajem i widza. Zastępują ludzi”. Miała rację. Fotografie zastępują ludzi, ale także pustkę. Czasami cisza może przemówić – musimy tylko nauczyć się słuchać.
Jeden z najbardziej znanych projektów sztuki dokumentalnej, mający na celu zachowanie pamięci, również związany jest z dotykiem: Stolperstein, po niemiecku „potykający się kamień”, metaforycznie oznaczający „potykający się blok”, odnosi się do mosiężnych tabliczek osadzonych w płytach chodnikowych, na które przechodnie mają się przypadkowo natknąć, a tym samym zwracać na nie większą uwagę. Do grudnia 2019 r. w ponad 1200 miastach na całym świecie zainstalowano około 75 000 takich bloków z wyrytymi nazwiskami i datami życia ofiar nazistowskiej eksterminacji lub prześladowań. Koncepcja, wymyślona przez niemieckiego artystę Guntera Deminga w 1992 roku, może prowokacyjnie nawiązywać do antysemickiej frazy, popularnej niegdyś w nazistowskich Niemczech, wypowiadanej po przypadkowym potknięciu się o wystający kamień: „Tu musi być pochowany Żyd”.
Stolpersteine nie są łatwe do wykrycia. Jeśli ogromne pomniki są zaprojektowane tak, aby imponować, gdy są zauważane z daleka, małe mosiężne tabliczki podkreślają „małość” ludzkiego życia, a jeśli chcesz dowiedzieć się o nich więcej, musisz być pokorny i pochylić się. Dopiero świadome zmniejszenie dystansu, poprzedzone gotowością do kontaktu, chęcią poznania czyjejś przeszłości – nawet własnej – pozwala uświadomić sobie, że życie drugiej osoby też może być wielkie.
Nie każdy kraj, który doświadczył masowych mordów, represji i tortur, jest gotowy pochylić się i włożyć wysiłek w przetwarzanie traumy. Po uznaniu winy powinien nastąpić kolejny, jeszcze bardziej skomplikowany krok: przyjęcie odpowiedzialności. Rosja, państwo, które w swojej sowieckiej przeszłości zniszczyło ponad trzy miliony własnych obywateli, nie chce przyznać się do tego faktu nawet sto lat później. Szybki rzut oka na mapę Stolpersteine pomaga zrozumieć amnezję Kremla: Rosja, choć zaznaczona na pomarańczowo, ma tylko dwa kamienie pamięci zainstalowane na swoim ogromnym obszarze.
Oddolna inicjatywa „Last Address” zainspirowana koncepcją Deminga nie wywołała dużego entuzjazmu wśród niektórych organów państwowych. Tablice pamiątkowe zostały zdemontowane przez lokalne administracje lub anonimowo zdewastowane w rosyjskich miastach. Policja odmówiła wszczęcia dochodzenia w tych sprawach. Próby uciszenia pamięci nie mogą być klasyfikowane jako przestępstwa, prawda?
Przegląd krajów, w których zainstalowano Stolpersteine.
Cirdan – Praca własna, na podstawie File:Blank map of Europe 2.svg by User: Nordwestern. Obraz za pośrednictwem Wikipedii
Zdjęcie na moim biurku to luksus. Oprócz mojej nastoletniej babci na obrazie pogrzebu mojego pradziadka jest jeszcze jedna osoba, którą znam – ja. Nie jestem „tam”, ale jestem „obecny”. Z mojego 2023 mogę dotknąć ich 1938.
Staram się usłyszeć wzruszające wspomnienia w chórze przemawiających pustek.
We współpracy z ICORN, gdzie Olga Bubich jest obecnie stypendystką.
1 R. Williams, Television: Technology and Cultural Form, University Press of New England, [1974], 1992, s. 16-17.
